Komisarz Zdanowicz i pończochy guwernantek.

Promocja!

Komisarz Zdanowicz i pończochy guwernantek.

90.00 60.00

327 w magazynie

Kategoria:

Remigiusz, widząc, że kobieta, którą kochał młodzieńczym uczuciem, gapi się jak ciele na coś lub kogoś za jego plecami, odwrócił się z ciekawością. Zobaczył tam kogoś zgoła odmiennego od osoby, którą widziała ruda, tak to już bowiem jest, że patrząc na to samo, mężczyźni i kobiety widzą zgoła co innego. Remigiusz zobaczył w drzwiach człowieka, do którego pasuje określenie „farbowany lis” rozumiane dosłownie. Był to ktoś, nawet Remigiusz to zauważył, kto bardzo pragnął uchodzić za dużo młodszego niż był w rzeczywistości. W dodatku był to człowiek, do którego, wiedziony nierozpoznanymi w swoim sercu instynktami, Remigiusz nie zbliżyłby się nigdy; z obawy o to, że zostanie potraktowany źle i niestosownie. Mężczyzna ten, w chwili kiedy stanął w drzwiach kawiarni, gdzie ruda i on spożywali wiedeńskie śniadanie, miał wygląd istoty, która zmaga się z ciężkimi bardzo myślami. Rozglądał się wokół wzrokiem niedźwiedzia pogryzionego przez pszczoły i szukał miejsca, w którym mógłby posadzić swój futrzasty, pokąsany zadek. Remigiusz ani przez moment nie pomyślał, że może się on dosiąść do ich stolika. Bardzo się więc zdziwił, kiedy ruda najpierw podniosła się z krzesła z dziwną miną, potem poprawiła wytwornym ruchem kapelusik, a następnie, widząc, że on ledwo ją poznaje być może poprzez nadmiar gwałtownych przeżyć, które spotkały go ostatnio, ruszyła z uśmiechem w jego stronę. Remigiusz zamarł. Kiedy jednak zakłopotanego i zdziwionego ciągnęła go ku stolikowi jak cygan niedźwiednik bestię, co to ją wodził dla zarobku po jarmarkach, wstał jak grzeczny chłopiec, ukłonił się i przedstawił. Nieznajomy mężczyzna również wymienił swoje nazwisko, ale zrobił to w taki sposób, że Remigiusz, nawet przesłuchiwany w ciężkiej tiurmie, nie umiałby tego nazwiska powtórzyć. Ruda zaś zaczęła zachowywać się w taki sposób, o jakim Remigiusz mógł tylko pomarzyć. O mało nie położyła dłoni w rękawiczce na wielkim łapsku nieznajomego, które, co do tego nie było żadnych wątpliwości, drżało z nierozpoznanych jeszcze przyczyn.

– Dobrze znów panią widzieć – powiedział nieznajomy głosem tak tęsknym i drżącym, że Remigiusz od razu zaczął podejrzewać go o najgorsze rzeczy i gdyby w tamtej chwili znalazł się w pobliżu jakiś werbujących konfidentów tajniak, natychmiast podpisałby wszystkie potrzebne papiery i wskazując palcem na siedzącego obok draba, wrzasnął: – Aresztujcie go!

Siedział jednak spokojnie i milczał, kiedy ruda, co za tupet, sama z siebie zaoferowała nieznajomemu pomoc, nie badając nawet zbyt głęboko przyczyn, dla których wygląda on jak wyliniały malajski niedźwiedź osaczony przez wieśniaków na polu ryżowym.

To co wydarzyło się później, było w opinii Remigiusza kataklizmem po prostu, a do tego zaprzeczeniem wszystkich zasad, którymi on i ruda kierowali się w życiu, usiłując osiągnąć jakiś sukces i zarobić trochę pieniędzy. Postawy, które zwykle ruda sama wyszydzała, to znaczy bezinteresowna, podszyta jednakowoż bardzo interesownymi emocjami chęć pomocy w nieszczęściu, jaką polskie kobiety nierozumiejące, czym jest wolność, okazywały bliźnim płci męskiej, ujawniły się w niej samej. Ruda, nie bacząc na to, że w czarnych oczach Remigiusza maluje się wprost zgroza, zaproponowała nieznajomemu pomoc. I nawet określiła jej zakres, który wprawił jej młodego przyjaciela w drżenie najpierw, a potem w stupor. Kwestia udostępnienia lokalu stanęła na planie pierwszym, za nią zaś pojawiła się inna, dotycząca pomocy finansowej, a nawet, co za dramat, współudziału w interesach prowadzonych przez człowieka, którego Remigiusz widział pierwszy raz na oczy.

– Co za obłuda – myślał, siedząc i patrząc, jak ruda usiłuje udawać miłosierną samarytankę – co za bezczelność, a mnie nie zaproponowała nigdy nawet pięciu halerzy, kiedy byłem w potrzebie. Remigiusz aż się spocił z wrażenia i był całkiem pewien, że nieznajomy przystanie bez jednego słowa na wszystkie propozycje rudej, a następnie oboje wstaną od stolika, zostawiając go jak ostatnią ofiarę losu i pójdą, wspierając się wzajemnie ramieniem, wprost do jej mieszkania, gdzie tuż po zamknięciu drzwi zacznie się to, o czym nasz młody przyjaciel marzył od wielu miesięcy. Takie projekcje mają zwykle niedojrzali emocjonalnie mężczyźni, nie rozumiejąc wcale, że życie nie jest tak proste, jak im się zdaje, a łupy w nim zdobywane niewiele mają wspólnego w tym, co oni uważają za wartość. Nieznajomy grzecznie odmówił pomocy, powiedział, że ruda stanowczo przesadza, że rozpoznając go i zapraszając do stolika, wykazała się i tak wielką łaskawością, on zaś, choć wygląda na trochę zmęczonego, jest w rzeczywistości w dobrej formie. Musi tylko odpocząć. Mówił też o tym, że zakwaterował się w dobrym hotelu, gdzie stają najlepsi goście, także z zagranicy i zaraz się tam udaje. Wraca właśnie bowiem znad pruskiej granicy, gdzie bawił, załatwiając liczne swoje w tamtym rejonie interesy. Potem, zaklinając się na wszystko, co ma najświętszego, błagał rudą, by wyznaczyła mu spotkanie za dwa dni. Ona zaś, rozczulona całkiem i rozkrochmalona, zgodziła się na to. Po ustaleniu miejsca spotkania nieznajomy wstał i chciał się pożegnać. I wtedy dopiero przypomniał sobie o siedzącym obok Remigiuszu, który wpatrywał się weń wzrokiem sowy. Nieco zdziwiony obecnością młodego człowieka skłonił mu się i posłał spojrzenie, które nie wymagało żadnych komentarzy. Krył się w nim komunikat następujący: – Widzisz gnojku, jak to się robi? Patrz i ucz się.

Remigiusz zaciął usta i lekko tylko skinął głową. Był już bowiem dokładnie poinformowany o planach nieznajomego wobec rudej. Nie mógł tylko, jak to człowiek młody i gwałtowny, zrozumieć, dlaczego on te plany odłożył.

Po odejściu mężczyzny ruda zaczęła zachowywać się tak, jakby w ogóle nic nie zaszło, a siedzący obok niej, zdrętwiały ze zgrozy młodzieniec nie domagał się żadnych wyjaśnień. On się ich rzeczywiście nie domagał słowem, ale jego oczy mówiły coś innego. Nie po to jednak ruda zostawała wyzwoloną feministką, żeby dawać fory takim gamoniom jak Remigiusz i tłumaczyć się przed nim ze swoich dalekosiężnych planów. On zaś, choć miał szczery zamiar czynić jej wyrzuty, porzucił je, albowiem wiedział, że jest to istota zdolna do wszystkiego. Jeśli się ją naciśnie za mocno, gotowa, nie zważając na skandal i konsekwencje, użyć wobec niego serii całej wyzwisk w języku rosyjskim, którego czasem używała, wyzwisk, które nie były tak malownicze jak lubieżności, co śniły się Remigiuszowi po nocach, ale także miały swoją moc. Co prawda awantura w miejscu publicznym, jeszcze w Krakowie, mogła skończyć się ostracyzmem towarzyskim na wielką naprawdę skalę. Tak dużym, że zniwelować go nie mógłby nawet pan poseł Daszyński, ale patrząc w oczy rudej, Remigiusz dobrze widział, że ma ona wobec nieznajomego plany poważne i jeśli ktoś stanie na drodze ich realizacji, zostanie zmieciony. Lepiej więc było nie ryzykować. Młodzieniec patrzył więc tylko uważnie w blat stolika, obserwując niewyraźne odbicie jej twarzy w politurowanej powierzchni. Nic nie mówił, choć oczekiwał wyjaśnień. Ona zaś przeczekała pierwsze minuty, gotowa do skoku i gwałtownej obrony swojej i tak nie dającej się zdobyć pozycji. Kiedy już przekonała się, że on nic nie powie, postanowiła trochę go udobruchać.

– To bardzo ciekawy człowiek – powiedziała głosem nadzwyczaj łagodnym – ciekawy i bywały w świecie.

– Tak? To interesujące – Remigiusz nie mógł zapanować nad fałszem w swoim głosie – może zdradzisz mi skąd go znasz i jak długo trwa ta znajomość?

– Och – ruda udała zakłopotaną – znam go jeszcze z Królestwa, bywał w domu moich rodziców. Kłamstwo to, podobnie jak wszystkie inne kłamstwa, przeszło jej przez gardło z największą łatwością.

Remigiusz udał, że w nie uwierzył, bo było mu z tym po prostu lżej.

– I tutaj spotkałaś go przypadkiem?

– Tak, na ulicy, miesiąc może dwa wcześniej.

To także było kłamstwo, ale ono przyszło jej jeszcze łatwiej.

– Kim on w ogóle jest? – Remigiuszowi głos prawie się łamał.

– To inżynier – powiedziała ruda z takim zaśpiewem w głosie, jakby mówiła, że nieznajomy jest wielkim marszałkiem dworu cesarza i zna osobiście następcę tronu Anglii.

– To ciekawe – Remigiusz siorbnął trochę kawy z filiżanki, co ruda natychmiast wykorzystała.

– Nie możesz się tak zachowywać – zganiła go z ogniem w oku i położyła dłoń na jego dłoni.

Remigiusz przeprosił. I popatrzył na nią już zwyczajnie, ciepło.

Myśli rudej odpłynęły w jednej chwili od Remigiusza i stolika, przy którym siedział i zbliżyły się do tego co ludzie pozostający całkowicie w niewoli złudzeń nazywają twardymi realiami. To znaczy ku fikcyjnym i niemającym żadnych szans na realizację porozumieniom z obcymi i nieznanymi wcale osobami, które skutkować powinny niesamowitą wręcz prosperity i wielkimi sukcesami. Skąd się biorą takie myśli w głowach? Nie odgadniemy tego. Być może doktor Freud z Wiednia coś mógłby poradzić w tej kwestii, ale on był daleko od stolika, przy którym siedziała ruda i wielbiący ją Remigiusz, był w stolicy, a jeśli myślał o podróżach, to nie do Krakowa bynajmniej, ale za ocean, zupełnie tak samo jak jego brat w wierze i przedsiębiorczości Ludwik Tannenbaum, zwany Die Schwarce Schyje. O czym myślała ruda, odpływając mentalnie od swojego młodego przyjaciela? To chyba jasne. O wspólnych z nieznajomym przedsięwzięciach finansowych, które realizować będą na skalę dotąd niespotykaną. On będzie ich motorem, a ona mózgiem. Twardym jak stal i niezniszczalnym, na który żadne siły w świecie realnym i poza nim nie znajdą sposobu. I każdy, kto zechce stanąć na drodze ich planom, zostanie zmieciony. Ktoś mniej poetycznie usposobiony mógłby powiedzieć po prostu, że ruda, osoba zimna i wyrachowana, zakochała się nagle w kimś, kto wcale nie był od niej lepszy. To prawda, ale jedynie w części. Ruda bowiem nie tylko zakochała się, ale po prostu zgłupiała. I trudno zastanawiać się, dlaczego tak się stało, albowiem podobne historie przytrafiają się najsprytniejszym i najbardziej bezczelnym istotom, które w dodatku są tak dalekie od okazywania emocji i karmienia się nimi jak pies od jedzenia trawy. I gdyby w pobliżu znalazł się ktoś, kto próbowałby rudą przywrócić do przytomności i wyjaśnić jej, że stan, w który popadła, jest nie tylko godny politowania, ale także niesie ze sobą liczne niebezpieczeństwa, nie mógłby liczyć na nic więcej poza siarczystym policzkiem i kilkoma furmańskimi przekleństwami rzuconymi w języku, który mieszkańcy Galicji brali za rosyjski, a który był w rzeczywistości mieszaniną ukraińskiego, polskiego i koszarowej, rosyjskiej gwary charakterystycznej dla pułków kwaterujących przed przeniesieniem do Królestwa gdzieś hen, pod Jekaterynosławiem.

stron 524, oprawa miękka, wypukły lakier, format A5